piątek, 14 listopada 2014

Zrób przymiotnik od swojego nazwiska

Daniel Dennett utworzył rzeczowniki, przymiotniki i czasowniki od nazwisk znanych filozofów, odwołując się do ich najsłynniejszych doktryn. „Na przykład habermass to rzeczownik oznaczający <religijną ceremonię, służącą wywołaniu iluzji rozumienia dzięki przyśpiewkom opisującym warunki ekonomiczno-spoleczne>. Od rzeczownika tego pochodzi czasownik <zhabermassować>, który użyć można w zdaniu <Zhabermassował Einsteina>, oznaczającym „podjął próbę wydedukowania szczególnej teorii względności ze struktury społecznej berneńskiego biura podatkowego”.[1]

 

Rezultaty podobnej zabawy można znaleźć także w innych dziedzinach. Na przykład weźmy kategorię film polski. Pojawiły się rzeczowniki i przymiotniki od-nazwiskowe:

 

Bareizm. (Kazimierz Kutz)

Postkieślowszczyzna (Zygmunt Kałużyńśki)

Kieślowskowate (Iwona Siekierzyńśka)[2]

 

Bareizm

Małgorzata Karolina Piekarska na swoim blogu[3] pisze tak:

„Gdy w latach 60-tych Stanisław Bareja rozpoczynał reżyserowanie sowich kultowych komedii (przypomnę tylko, że debiutował kryminałem o tytule „Dotknięcie nocy”) Kazimierz Kutz użył określenia „bareizm”, jako synonimu kiczu. Wtedy uważano (nie tylko Kazimierz Kutz tak twierdził), że to, co robi Stanisław Bareja to są kiczowate i głupie komedie. Z czasem stały się filmami kultowymi. To na nich mój syn poznawał absurdy życia w PRL. Dziś termin „bareizm” odnosi się do absurdalnych wypowiedzi, haseł, napisów, obwieszczeń itd.”.

Na facebooku istnieje funpage „Bareizmy wiecznie żywe” z różnymi absurdami. Podoba mi się np. sfotografowana etykietka na mięsie „zając wieprzowy”. Zwłaszcza dlatego, że to nie musi być pomyłka – etykietki na żywności często, w mniej rzucającej się oczy formie i subtelniej wskazują, że mamy do czynienia z „ZAJĄCAMI wieprzowymi”

 

Postkieślowszczyzna (Zygmunt Kałużyńśki) – nie znalazłam jeszcze historii tego określenia, mogę się tylko domyślać, co ono znaczy i że nie jest pochlebne.

 

Kieślowskowate (Iwona Siekierzyńśka)

W wywiadzie Katarzyny Bielas z Iwoną Siekierzyńską z 5 lipca 2003 r. w „Wysokich obcasach” ten przymiotnik znajduje wyjaśnienie:

Katarzyna Bielas: Twój film krótkometrażowy "Pańcia" o miłości 13-letniej ziewczynki do księdza otrzymał w 1996 roku nominację do studenckiego Oscara. Opiekunem filmu był Krzysztof Kieślowski. Jak opisałaś mu swój pomysł?
Iwona Siekierzyńska: Wtedy jeszcze nie było postaci księdza. Powiedziałam, że to ma być film o uczuciu, którego nie można ujawnić. O tym, że trzeba siedzieć grzecznie na krzesełku, chciałoby się siedzieć na czyichś kolanach. Taka była nasza pierwsza rozmowa.

KB: Jak to, nie było księdza?
IS: Chodziło mi o uczucie, które nie ma żadnej szansy, które trzeba ukryć albo nie wiadomo, co z nim zrobić. (…) Ksiądz, dziewczynka i pies przyszli mi do głowy, kiedy siedziałam na zajęciach w szkole filmowej. Nagle z moich zagraconych szufladek wyłoniła się prosta, jasna myśl. Zobaczyłam też koniec - w ostatniej scenie dziewczynka idzie wyznać księdzu miłość, a on w ogóle nie wie, o co chodzi. (…)

 

KB: Ostatnia scena jest inna. Widzimy bohaterkę podobnie jak kiedyś - w wannie, ale teraz już jako dojrzałą kobietę.
IS: Wannę wymyśliłam później. Zrozumiałam, że jest to też film o historiach, które wloką się za nami, z których nie możemy się wyzwolić. Bohaterka jest dorosła, ma porządny, zamożnie wyglądający dom, ale w środku jest dalej dziewczynką.(…)


KB: Kieślowski opiekował się Tobą i dwoma innymi studentami, których wybrał. (…) Co się działo po wysłaniu scenariusza "Pańci"?
IS: (…) Była tam dziwna, erotyczna scena związana z księdzem, która potem nie weszła do filmu. Kieślowski od razu przyczepił się do tej sceny. Powiedział, że nie miałby na nią odwagi i radzi ją wyrzucić. Miał rację. W kinie czasami lepiej nie odsłaniać wszystkiego. Coś, czego nie widać, może mieć dużo większą siłę. Powiedział też, że dziewczynka żyje za bardzo w swojej wyobraźni i trzeba ją ściągnąć na ziemię. Przyjęłam jego uwagi, pojechałam do domu i w jedną noc wszystko od nowa napisałam.

 

KB: (…) Kieślowski Cię zainspirował?
IS: Tak. Pamiętam, że strasznie się zmartwiłam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam materiały z "Pańci", w której przepięknie zagrała Sylwia Karczmarczyk. Wszystko wydało mi się jakieś "kieślowskowate". Nie chciałam tak.
I nagle zdałam sobie sprawę, że w moim filmie, podobnie jak w "Czerwonym", bohaterka poznaje kogoś dla niej ważnego z powodu psa. Jak ja mogłam wcześniej tego nie zauważyć!
Wkurzyło mnie to, szczególnie że "Czerwony" specjalnie mi się nie podobał.
Ciekawe, że wtedy mnie to przygniotło, a teraz się z tego cieszę. Cieszę się, że są ludzie, do których można być podobnym. Żyjesz sobie zupełnie niezależnie i nagle okazuje się, że kawałeczek kogoś masz dalej w sobie. To tworzy poczucie wspólnoty, czasem dodaje otuchy.
*
 
 
Taki słownik sobie wyobrażam, nazwijmy go na przykład „Słownik pojęć odnazwiskowych”, ewentualnie "odnazwiennych". Wezmę na początek dwóch aktorów, których lubię i cenię, mam nadzieję, że nie będą mi mieli za złe tego wyróżnienia.

Najpierw przygotuję brzmienie czasownika, rzeczownika i przymiotnika:

stuhrować

stuhrowość

stuhrowany

- trudne, bo trzeba by uwzględnić jednocześnie wspólne cechy i Jerzego Stuhra i Macieja Stuhra.

Chyba, żeby się pokusić o modyfikacje:

jestuhrować

mastuhrowość

jestuhrowany

- w takiej sytuacji każdy p. Stuhr ma własne pojęcia.


Teraz muszę pomyśleć.

Jakie to pojęcia będą się łączyć z tymi brzmieniami i ich źródłowymi ludźmi.




[1] Dowiedziałam się tego z książki Bartosza Brożka, „Granice interpretacji”, Kraków 2014, z której cytuję ten opis „zabawy” słowami i pojęciami (s. 29-30) słownik można znaleźć pod adresem: www.philosophicallexicon.com
[2] Wszystkie trzy: bareizm, postkieślowszczyzna i kieśloskowatość znalazłam w książce „Świetliste słowa. Aforyzmy, myśli, powiedzonka o filmie i telewizji”, wybrał, opracował i wstępem opatrzył Marek Hendrykowski, Poznań 2005, s. 382
[3] www.piekarska.blog.pl post z 18 czerwca 2013 „Bareizm czy idiotyzm?”  http://piekarska.blog.pl/?tag=bareizm

sobota, 8 listopada 2014

Nowy rodzaj deszczu

Rano po śniadaniu poszłam do deszczowanego ogrodu. Chwilę pochodziłam, nawet nie trzeba parasola. Wlazałam do altany i zaczęłam sobie w głowie szukać NAZWY na ten  rodzaj deszczu. Zdecydowanie nie jest to mżawka, nie jest to też kapuśniaczek. Tylko kapanie. Coś, co oznacza, że z nieba spadają krople na tyle często, jedna o 30 cm od drugiej, że wystukują powtarzalny rytm i trudno uznać że „nie pada”. A jednak rozstawione są w spadaniu na tyle rzadko, że człowiek poważnie się waha, czy to jest już deszcz.
Dylemat podobny do tego, kiedy z ziarenek piasku, składanych jedo do drugiego, robi się coś, co można nazwać już „kupką piasku”?  
Zdecydowałam się na NAZWĘ  tego rodzaju deszczu:
„kapaczyk”.
 - „Weź parasol, mżawka na zewnętrz”
- „E, tam, od razu mżawka. Kapaczyk raczej”
 
....
p.s. Czy gęstsza jest mżawka, czy kapuśniaczek? A może to nie gęstość je różni, tylko jakaś inna cecha? Albo są - synonimami?