Od jakiegoś czasu zastanawiam się, skąd pomysł, by używać słowa "obciążenia" na określenie wykładów, ćwiczeń i innych zajęć, które np. adiunkt prowadzi w danym roku akademickim na uczelni?
Słowo "obciążenia" ma negatywny wydźwięk, a jego użycie automatycznie tworzy negatywną ramę. O ramach językowych napiszę innym razem, tu tylko zaznaczę, że są to swoiste "skróty myślowe" nadające kierunek naszemu myśleniu o określonym zjawisku.
Przykładowo, o podatkach możemy pisać, że stanowią "ciężary" lub "inwestycje". I niezależnie od poglądu na to, czy stanowią jedno czy drugie, samo użycie określonej "ramy" językowej, nadaje kierunek naszemu myśleniu o podatkach. Rama wywołuje określony obraz i skojarzenia, prowadząc myśl dalej.
Dlatego określanie zajęć w ramach etatu na uczelni "obciążeniami" uznaję za wadliwe - to jest budowanie negatywnej ramy językowej, a co za tym idzie, niepożądanego kierunku myślenia o prowadzonych zajęciach.
Nie mówię, żeby je nazywać szumnie np. "wyzwaniami", jednak istnieją korzystniejsze obramowania. Poczynając od przaśnych i niezbyt błyskotliwych "zajęć" na dany rok, poprzez bardziej mobilizujące "zadania" na dany rok akademicki, aż po wyszukane lecz zgrabne "pakiety wykładowe" czy "pakiety edukacyjne".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz