Daniel Dennett utworzył rzeczowniki,
przymiotniki i czasowniki od nazwisk znanych filozofów, odwołując się do ich
najsłynniejszych doktryn. „Na przykład habermass
to rzeczownik oznaczający <religijną ceremonię, służącą wywołaniu iluzji
rozumienia dzięki przyśpiewkom opisującym warunki ekonomiczno-spoleczne>. Od
rzeczownika tego pochodzi czasownik <zhabermassować>,
który użyć można w zdaniu <Zhabermassował Einsteina>, oznaczającym „podjął
próbę wydedukowania szczególnej teorii względności ze struktury społecznej
berneńskiego biura podatkowego”.
Rezultaty podobnej zabawy można znaleźć
także w innych dziedzinach. Na przykład weźmy kategorię film polski. Pojawiły
się rzeczowniki i przymiotniki od-nazwiskowe:
Bareizm. (Kazimierz Kutz)
Postkieślowszczyzna (Zygmunt Kałużyńśki)
Kieślowskowate (Iwona Siekierzyńśka)
Bareizm
Małgorzata Karolina Piekarska na swoim
blogu pisze tak:
„Gdy w latach 60-tych Stanisław Bareja
rozpoczynał reżyserowanie sowich kultowych komedii (przypomnę tylko, że
debiutował kryminałem o tytule „Dotknięcie nocy”) Kazimierz Kutz użył
określenia „bareizm”, jako synonimu kiczu. Wtedy uważano (nie tylko Kazimierz
Kutz tak twierdził), że to, co robi Stanisław Bareja to są kiczowate i głupie
komedie. Z czasem stały się filmami kultowymi. To na nich mój syn poznawał
absurdy życia w PRL. Dziś termin „bareizm” odnosi się do absurdalnych
wypowiedzi, haseł, napisów, obwieszczeń itd.”.
Na facebooku istnieje funpage „Bareizmy
wiecznie żywe” z różnymi absurdami. Podoba mi się np. sfotografowana etykietka
na mięsie „zając wieprzowy”. Zwłaszcza dlatego, że to nie musi być pomyłka –
etykietki na żywności często, w mniej rzucającej się oczy formie i subtelniej
wskazują, że mamy do czynienia z „ZAJĄCAMI wieprzowymi”
Postkieślowszczyzna (Zygmunt Kałużyńśki) – nie znalazłam
jeszcze historii tego określenia, mogę się tylko domyślać, co ono znaczy i że
nie jest pochlebne.
Kieślowskowate (Iwona Siekierzyńśka)
W wywiadzie Katarzyny Bielas z Iwoną
Siekierzyńską z 5 lipca 2003 r. w „Wysokich obcasach” ten przymiotnik znajduje
wyjaśnienie:
Katarzyna
Bielas: Twój film krótkometrażowy "Pańcia" o miłości 13-letniej ziewczynki
do księdza otrzymał w 1996 roku nominację do studenckiego Oscara. Opiekunem
filmu był Krzysztof Kieślowski. Jak opisałaś mu swój pomysł?
Iwona Siekierzyńska: Wtedy jeszcze nie było postaci księdza. Powiedziałam, że
to ma być film o uczuciu, którego nie można ujawnić. O tym, że trzeba siedzieć
grzecznie na krzesełku, chciałoby się siedzieć na czyichś kolanach. Taka była
nasza pierwsza rozmowa.
KB: Jak to, nie było księdza?
IS: Chodziło mi o uczucie, które nie ma żadnej szansy, które trzeba ukryć albo
nie wiadomo, co z nim zrobić. (…) Ksiądz, dziewczynka i pies przyszli mi do
głowy, kiedy siedziałam na zajęciach w szkole filmowej. Nagle z moich zagraconych
szufladek wyłoniła się prosta, jasna myśl. Zobaczyłam też koniec - w ostatniej
scenie dziewczynka idzie wyznać księdzu miłość, a on w ogóle nie wie, o co
chodzi. (…)
KB:
Ostatnia scena jest inna. Widzimy bohaterkę podobnie jak kiedyś - w wannie, ale
teraz już jako dojrzałą kobietę.
IS: Wannę wymyśliłam później. Zrozumiałam, że jest to też film o historiach,
które wloką się za nami, z których nie możemy się wyzwolić. Bohaterka jest
dorosła, ma porządny, zamożnie wyglądający dom, ale w środku jest dalej
dziewczynką.(…)
KB:
Kieślowski opiekował się Tobą i dwoma innymi studentami, których wybrał. (…) Co
się działo po wysłaniu scenariusza "Pańci"?
IS: (…) Była tam dziwna, erotyczna scena związana z księdzem, która potem nie
weszła do filmu. Kieślowski od razu przyczepił się do tej sceny. Powiedział, że
nie miałby na nią odwagi i radzi ją wyrzucić. Miał rację. W kinie czasami
lepiej nie odsłaniać wszystkiego. Coś, czego nie widać, może mieć dużo większą
siłę. Powiedział też, że dziewczynka żyje za bardzo w swojej wyobraźni i trzeba
ją ściągnąć na ziemię. Przyjęłam jego uwagi, pojechałam do domu i w jedną noc
wszystko od nowa napisałam.
KB: (…) Kieślowski Cię zainspirował?
IS: Tak. Pamiętam, że
strasznie się zmartwiłam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam materiały z
"Pańci", w której przepięknie zagrała Sylwia Karczmarczyk. Wszystko
wydało mi się jakieś "kieślowskowate". Nie
chciałam tak.
I nagle zdałam sobie sprawę, że w moim filmie, podobnie jak w
"Czerwonym", bohaterka poznaje kogoś dla niej ważnego z powodu psa.
Jak ja mogłam wcześniej tego nie zauważyć!
Wkurzyło mnie to, szczególnie że "Czerwony" specjalnie mi się nie
podobał.
Ciekawe, że wtedy mnie to przygniotło, a teraz się z tego cieszę. Cieszę się,
że są ludzie, do których można być podobnym. Żyjesz sobie zupełnie niezależnie
i nagle okazuje się, że kawałeczek kogoś masz dalej w sobie. To tworzy poczucie
wspólnoty, czasem dodaje otuchy.
*
Taki słownik sobie
wyobrażam, nazwijmy go na przykład „Słownik pojęć odnazwiskowych”, ewentualnie "odnazwiennych". Wezmę na
początek dwóch aktorów, których lubię i cenię, mam nadzieję, że nie będą mi
mieli za złe tego wyróżnienia.
Najpierw przygotuję
brzmienie czasownika, rzeczownika i przymiotnika:
stuhrować
stuhrowość
stuhrowany
- trudne, bo trzeba by
uwzględnić jednocześnie wspólne cechy i Jerzego Stuhra i Macieja Stuhra.
Chyba, żeby się pokusić o
modyfikacje:
jestuhrować
mastuhrowość
jestuhrowany
- w takiej sytuacji każdy
p. Stuhr ma własne pojęcia.
Teraz muszę pomyśleć.
Jakie to pojęcia będą się łączyć z tymi
brzmieniami i ich źródłowymi ludźmi.
Dowiedziałam
się tego z książki Bartosza Brożka, „Granice interpretacji”, Kraków 2014, z której
cytuję ten opis „zabawy” słowami i pojęciami (s. 29-30) słownik można
znaleźć pod adresem: www.philosophicallexicon.com